Ręka w ogniu

Ile razy można wkładać rękę w ogień i przekonywać siebie, że nie parzy? Trzymać dłużej lub krócej i przekonywać ciało, że wcale nie boli albo, co gorsza, że da się wytrzymać?

I zastanawiam się, po co to kiedykolwiek robiłam – wszyscy robimy. I widzę, jak to się kupy nie trzyma.

Widzę – jak na dłoni 🙂 – gdy udaremniam to, co mnie parzy, jaki piękny dywan zmiany się przede mną rozwija. I oczywiście, jak zwykle, stoję, patrzę i oczy przecieram, niedowierzając – serio? Potrzeba było tylko dokonać wyboru? Wybrać, jak chcę, a nie zgadzać się na to, co niosła mi iluzja tej czterowymiarowej nierzeczywistości?

Szczerze? Można boki zrywać, gdy się spojrzy wstecz na swoje życie i uświadomi, że to zawsze było takie proste, tak cudownie proste.

Ta radość, którą czuję, gdy się nie zgadzam na badziewia, a za to wybieram to, jak mi miło, przyjemnie i słodko… Gdy siebie obdarowuję tym wszystkim, co mi smakuje – w zgodzie z własnym sercem, duszą i Bogiem we mnie.

rys.wyg.AI

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *