Zapomniałam o tym, że dawniej, gdy nie było głupich komórek , aby się spotkać trzeba było po prostu przyjść, po prostu wybrać się z nadzieją, że zastaniesz i po prostu zapukać, mając nadzieję, że te drzwi ci ktoś otworzy.
I czytam tę starą książkę i marzę o dawnym świecie, i dawnych ludziach, prawdziwych, nie tych z instagrama albo Facebooka, ufryzowanych, ułożonych, plastikowych, wszystkich oczywiście przeszczęśliwych i najpiękniejszych z pięknych.
Ale nie o tym.
Chciałam o tym, że ta książka z lat siedemdziesiątych przypomniała mi, że dawniej były takie rozmowy:
-kto tam?
-Swój
Dawniej ludzie tak mówili. A dzisiaj? Drzwi zamknięte, serca zamknięte, każdy zamknięty za szkiełkiem telefonu. Żyje fikcyjne życie, przybiera fikcyjną tożsamość.
A ja, wracam, tak bardzo wracam do rzeczywistości, prawdziwego mego dnia, z moimi psami i Kicią, do moich spacerów codziennych. Do zwykłego snu i poranka, tylko bez marzeń, bez miłości, bez planów na przyszłość. I nie słyszę pukania, albo ten co pukał, nigdy nie był mój, nie był Swój.
