dla tego, co chce w twoim Życiu być.
Poranek w aksamitnej, ciepłej pościeli otulającej moje ciało,
budzi mnie swą pieszczotą przeganiając resztki snu
i wiem, że coś się śniło, ale nieważne co,
bo już nie muszę tego pamiętać,
bo już nie szukam w snach żadnego przesłania,
żadnej podpowiedzi.
Znów otulona, tym razem w ciepły, gruby sweter
zakupiony nad morzem,
wtedy, w te ostatnie wspólne wakacje,
wspólnej drogi, gdzie już nie było wspólnych zakrętów,
a pozostała tylko decyzja.
I ona do mnie przyszła, tak po prostu.
Dziś, w tym grubym, rudym swetrze, takim wielkim,
takim ochraniającym przed zimnem,
jak szerokie ramiona ukochanego mężczyzny,
wychodzę na spacer, w ręku smycz,
we włosach chłodny wiatr, który chucha mi w oczy
i zaczepia policzki, dziewczyny rwą do przodu,
mija mnie znajoma para,
dziecko w różowych kaloszkach żyje, skacząc po kałużach
i nie widząc, że w zabawie wkroczyło na jezdnię.
Ale jest ojciec, czujny, chroniący, wysoki i silny jak dąb,
i ja patrzę na dziecko i ojca, i podziwiam scenę…
naturalnej miłości.
Bo miłość taka jest,
naturalnie chroni to, co jest jej,
do kogo wybiera uśmiechnąć się rano
i przez cały dzień.
Przecież to wiem.
Idę dalej, przez zielone trawniki, oglądając świat
i naturalnie przypłynął do mnie gniew, ten prawdziwy,
i również taki naturalny, gdy pozwalamy sobie go czuć,
taki grzmiący i huczący
…chroniący…
bo po to on jest,
dla ochrony nas.
I poczułam, że mam gdzieś to lato, które nie nadchodzi,
które wciąż marudzi i nie umie się zdecydować, określić czy jest,
stoi w rozkroku, ni to wiosna, ni to lato.
I poczułam, że już na ciebie nie czekam,
że wszystko mi jedno, czy przyjdziesz czy nie,
że już nawet nie będę szukać tej długiej, kolorowej sukienki w kwiaty,
która się zagubiła gdzieś zimą.
Możesz już nie przychodzić,
bo ja już czekam na moją ukochaną jesień,
a wcześniej zapraszam tylko…babie Lato.
A maruderom mówimy 'cześć’!
I wsadź sobie te promienie słońca, których tak skąpisz,
które tak dawkujesz, jak na lekarstwo.
Bez nas nie istniejesz, gdy nikt na Ciebie nie czeka,
gdy nikt nie potrzebuje już ciebie podziwiać…
bo zawsze można wybrać inaczej,
wybrać jesień, która gdy przychodzi jest po prostu sobą, jesienią,
i jest, taka jaka jest, nie zawodząc.
I poczułam ulgę,
i odszedł gniew,
gdy dokonał tego,
po co przyszedł.
I teraz…
wstań wcześnie rano, aby podziwiać kolory
rozświetlające jezioro Moraine Lake.

