Wehikułem

czasu

przeniosłam się pół wieku wstecz. Czuję tę wiosnę, jak wtedy, gdy byłam mała, a świat był bardziej kochany, bo prosty. Wiśnie były wiśniami, jabłka papierówki jabłkami, ludzie spacerowali, ludzie rozmawiali, ludzie żyli. Ja lubiłam wąchać aksamitki i zbierać stokrotki i zawsze miałam w kieszeni sukienki jakiś kwiatuszek. Czasem przysłuchiwałam się rozmowom. Lubiłam gładzić gałązki cisu, strzelać z białych bąbelków albo deptać purchawki. Bawiłam się w rozmowy po włosku naśladując komisarza Cattani, marząc o Włoszech. Spacerowałam po torach, bawiłam się na bunkrze, gdzie miałam pierścień Arabelli i własne królestwo drzew, a na obiad biegłam zawsze spóźniona. I chyba tak jest do dziś, zawsze jem spóźniony obiad. I tak w sumie wszystko w moim życiu jest spóźnione. Spóźniony spokój serca, spóźniona droga zawodowa, spóźnione podróże do Włoch, spóźniona miłość. I spóźnione szczęście.

Ale gdyby tak zabrać czas z równania, to może nic nie jest spóźnione, a jest wszystko wtedy, kiedy miało być, wydarzyć wtedy, gdy się wydarzało.

To przynosi pewną ulgę w tym moim smutku, który przyszedł. I może on też, wydarza się właśnie teraz, bo nadszedł właściwy czas. Więc niech tak będzie. Z ulgą zdejmuję strój komandosa, o nic nie walczę, o nikogo nie walczę, o żadną z prawd. Z ulgą zakładam tylko sukienkę i lekkie sandały.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *