Myślę o Bogu i o tym, jak ludzie nadali mu i nadają cechy brzydkiego, ludzkiego egolca. Że niby osądza, karze, odbiera, nie słucha, podstawia nogę, bo taki wredny. A już na pewno nie kocha.
Problem polega na tym, że egolec to nie Serce. On w sumie gówno wie i ma do powiedzenia.
Zapytaj egolca (który siedzi w umyśle): „Co ty wiesz?” i zobacz, że nic Ci nie odpowie. Zapadnie dziwna cisza. A jeżeli jest wielki jak stąd do Missisipi, to zacznie nadawać potokiem formułek i zawiłości. I wtedy wiesz, że on nic nie wie. Że on tylko bełkocze, cytując Ci programy, których się nauczył po drodze albo które ktoś mu wtłoczył.
Wszystko, co długie i zawiłe, nie jest prawdą – jest kłamstwem, bądź iluzją.
Wtedy wiesz, że on nie zna prawdy i nie pozna. On może tylko uczyć się od Serca.
Bóg jest w Sercu i to ma niebagatelne znaczenie, by nie pomylić sygnału – czy to co przychodzi płynie z serca, czy z umysłu. Gdy zapytasz serca: „Co ty wiesz?”… to tylko słuchaj i czuj tę ekspansję radości i miłości. I wtedy już wiesz.
Bóg nigdy nie przestał mówić. Nigdy Ciebie nie porzucił. On zawsze jest, zawsze kocha, zawsze w Ciebie wierzy i wspiera. Zawsze.
W tym człowieczym doświadczeniu to my sami stoimy sobie na drodze. Żyjemy kierowani egolcem, a potem wszystko zrzucamy na Boga. Ja na Jego miejscu bym się wkarwiła deczko. Jednak On jest Miłością. Jest sercem i nie potrafi – albo mu się nie chce – bo to tylko pyłek na Jego szacie. Uśmiecha się pod swym boskim nosem, widząc to nasze ocenianie. Śmieje się radośnie w głos, rozbawiony – zupełnie tak, jak my na widok małego kociątka, które czepia się nas, aby z nami pofiglować i pożyć Życie.

