Sierpniowy poranek, trochę pochmurny, trochę rześki.
Obudziłam się dzisiaj wreszcie trochę nieśpiesznie, trochę leniwie.
Pozwoliłam sobie wstać wcześniej, mimo urlopu.
Myślę o tym pośpiechu, o czasie.
Kawa się parzy, zanim ją posłodzę, wdycham powietrze siedząc na balkonie.
Słyszę, jak piętro niżej włączają się sąsiadom alarmy budzików, i myślę o tym,
jak nas wytresowano, jak wtłoczono program, że tak ma być.
A my chcemy dłużej spać i rano zobaczyć i poczuć najpierw siebie, mój świat, mój własny. Kawa pachnie, witam się z dziewczynami, kątem oka zerkam na Alorę, widzę jej napięcie, jej niepokój ciała, boi się, że nie wytrzyma i zrobi kałużę na podłodze, a ja się zezłoszczę.
Tak, tak bywa, bo pośpiech, bo mało czasu, bo muszę zdążyć. Pragnę zdjąć z niej ten stres, żeby się nie bała. I dlatego wstaję wcześniej, aby w spokoju wypić kawę, a potem z nią wyjść. Wkarwia mnie ten lęk, którego tak wiele jest wytworzone w tej czterowymiarowej nierzeczywistości. Tak jesteśmy wytrenowani, aby skakać, gdy mówią nam: jump!
Najgorsze są te małe, podskórne, ale permanentne, to one wyczerpują nadnercza, obciążają nerki i stopy, a potem nie masz już siły iść, iść, działać, po prostu żyć, SWOJE życie i po swojemu.
A ja pragnę po mojemu, bo coraz wyraźniej i wyraźniej widzę te sznurki, te programy, czuję je w sobie i w innych, a prawdziwa rzeczywistość, moje ja, moja esencja, uparcie i nieprzerwanie pyta:
właśnie tak chcesz, Aniu? To jest twoje, Aniu?
Te pytania same spływają, takie spokojne i czule szeptane, żadne nachalne, czy gniewne, one po prostu trwają, pytania zawieszone w mojej przestrzeni, czekają jedne za drugim, aż po nie sięgnę, aż pozwolę spłynąć mojej własnej odpowiedzi, rozpakuję pakunek, który do mnie przyszedł. Ale on nigdy nie jest natarczywy, bo jest wolną wolą, nawet w tej czterowymiarowej nierzeczywistości – Duch jest zawsze wolny, zawsze może zdecydować, jak chce, jak lubi, jak wybiera.
Pozwoliłam sobie, tak niespiesznie, wypiłam pół kawy, biorę Alorę na ręce, żeby nie czuła podłoża pod łapkami, wtedy odruch się nie uruchomi i pęcherz nie puści. Tulę ją do serca schodząc po schodach, czuję jak jej ciało się rozluźnia, mięknie, już wie, że nie musi się bać, że nie musi trzymać napięcia, postawię ją dopiero na trawie i w spokoju odda się tej zwykłej, naturalnej potrzebie. I cieszy mnie to. A ja? Ja muszę sama o siebie dbać, ale mam moje paczuszki, i wiem, że o mnie tam w górze, też się Ktoś troszczy, bo pyta, bo jest zainteresowany tym, jak mi jest?
P.S. Idę dalej z moimi dziewczynami, Leia jak zawsze rwie do przodu, a po drugiej stronie ulicy słychać płacz dziewczynki w samochodzie, i krzyczącą matkę: „szybciej, bo późno jest, bo ty to zawsze, codziennie tak samo.” A dziecko nadal płacze. Bo ono jeszcze wie, jak pragnie, bo ono ma jeszcze te pakunki przed sobą, całkowicie rozpakowane.

