miłości…nie potrafię opisać,
i w pewnym momencie pogodziłam się z tym,
bo słów odpowiednich nigdy nie znajdę, a jedyne co potrafię zrobić,
to przyjmować ją do siebie, pozwolić jej przepływać przeze mnie,
i gdy ona to robi, to ja czuję, jak ona bawi się ze mną…
jak małe dziecko, któremu figle w głowie…i tylko to kocha robić,
dźwięczy delikatnie, potrąca struny we mnie, to tu, to tam…
taaak…ona radośnie figluje.
I nie ma innej możliwości, jak tylko ta,
abym ja do niej dołączyła, powiedziała:
dobrze, biorę cię za rękę i bawmy się, rozkoszujmy się…twoją fakturą,
tą tak delikatną, aksamitną, gdzie jak poprzez dotyk dłoni pojawiają się dreszcze na całym ciele, od stóp, poprzez serce i aż po sam czubek głowy.
A potem…potem po prostu…nie ma możliwości, aby ona się zatrzymała,
ona wypływa, ona…przelewa się…
a ja razem z nią…
i jestem miłością…i Ty jesteś…
I pragnę tylko obdarzać i przyjmować, i obdarzać i przyjmować…
i tak do końca dni…w tym najpiękniejszym uzależnieniu, tym jedynym,
za którym zawsze tęsknimy, tym którego zawsze szukamy,
tym jedynym, bez którego nie potrafimy i nie chcemy żyć.
Bo i po cóż miałabym żyć…bez miłości?

