Pozbawieni pewników

pozostajemy tylko z siłą charakteru… 

I tak naprawdę więcej nam nie potrzeba.
Liczy się to, kim naprawdę jestem.
Tak, wiem, powtarzam to jak mantrę, ale to jest prawda.
Sprawdziłam 😛, na własnej osobistej skórce.
Mnie to pasuje, to jest moja prawda…
na ten moment mojej świadomości hihihi.

Taki słoneczny i spokojny ten dzień, pełen harmonii.
Pisać się nie chce, dusza odpoczywa chyba, bo nie nadaje,
nie rzuca nowych wyzwań świadomości
(zapewne się rozgrzewa, szykuje do skoku).

Słońce i zapach smażonego boczku do spagetti carbonara,
och, poczułam się jakbym niemal była we Włoszech.
Taki cudowny spokój. Spokój i miłość i moje własne serce.

Ale tak naprawdę…to nie we Włoszech…
a jestem dzisiaj…u babci, w Puszczy Kurpiowskiej…
i marzę, przeniosłam się w czasie…i chodzę boso po nagiej ziemi,
wdycham zapach lasku brzozowo-świerkowego,
który rósł koło babcinego stuletniego domu,
chodzę boso i przyglądam się paprociom, wilczej jagodzie,
wdycham zapach siana, biegnąc słyszę odgłos moich nagich stóp…
i czuję jak ten dźwięk rozbrzmiewa we mnie,
przenosi się na całe ciało, ożywia mnie Matka Ziemia,
ta cudowna…kochająca Życie Ziemia.

Jestem taka wolna, taka radosna…
wracam z lasu i siadam na drewnianej ławeczce,
wolnym, spokojnym krokiem podchodzi Łatek,
rudy kundelek…i nadstawia główkę…jest taki spokojny,
całkowicie w zgodzie ze swoim Istnieniem, wszystko jest,
wszystko ma, tu i teraz, o nic nie prosi,
przyszedł po głaski, bo to takie naturalne, takie oczywiste,
gdy miłość jest…po prostu jest.
Przesuwam dłonią po jego główce,
delikatnie kołyszące się, wiekowe świerki pilnujące starego domu,
kołyszą duszę we mnie, serce we mnie…błoga cisza i śpiew ptaków,
dzięcioł stuka w korę drzewa, piękny, kolorowy, żywy…
Spoglądam na wrota, które majaczą w oddali,
zerkam…może On idzie…może właśnie teraz idzie…
niechby już był, może już…jest.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *